Święta Singla

Ile razy myślałeś otwierając flaszkę – I chu… dla kogo mam się starać? Samotny, niezrozumiany, najbiedniejszy na świecie… Jak to dla kogo? Dla siebie!!!!! Daj sobie szansę! Jesteś najważniejszy!!!!!

Za ścianą ktoś głośno śpiewał kolędę, jakiś damski głos… Ktoś mówił z radością – Jeszcze trochę w prawo, troszeczkę, o, o, o tak, idealnie, choinka jak walczyk! Śmiech dzieci – Mamo, mamo, kiedy pierwsza gwiazdka? Pulsowało mu w głowie. Chyba ma gorączkę. Coś mu się porobiło, że czuje naraz wszystkimi zmysłami. Leży na czymś twardym i szorstkim, bolą go kości, zalewa smród, straszny… ryby, wódy, fajek, moczu kota… Uchyla oczy. Jest ciemno. Wstaje powoli, żeby ból nie rozsadził mu skroni. Leżał na ziemi, na wykładzinie, która nie pamięta odkurzacza. Cały pomięty, nieogolony. Obok resztki samotnej libacji, otwarta i do połowy wyjedzona puszka makreli w oleju, butelka z resztami żołądkowej gorzkiej, rozsypana popielniczka… Na wykładzinie kolejne: plamy olej z puszki i popiół… Pięknie. Wieczór, szósta już. Ciekawe czy wczoraj, czy jutro. Musi zadzwonić do mamy. Umawiał się z nią na wigilię, ale trochę stracił rachubę czasu. Przesunął ręką po twarzy. Szorstki zarost informował, że znowu zniknął dla świata na co najmniej tydzień. – Cześć Matka? O Boże, nie krzycz tak. No co? Piję, bo po co mam nie pić. No powiedz, po co, do cholery. Pusto, samotnie, nie mam dla kogo przestać. Dobra, dobra… Nie gadaj! Przyjdę… Zaraz się ogarnę i przyjdę.
Wziął prysznic. Zadziałało jak kroplówka. Długo stał pod strumieniem wody. Dobrze mu było, czuł, jak rozluźniają mu się wszystkie mięśnie. Ogolił spuchniętą facjatę. Biała koszula. Jeszcze tylko obciąć paznokcie. No, dobra, podobny do ludzi. Wybiegł z domu. Na stacji benzynowej kupił czekolady dla dzieci siostry i puszkę herbaty dla mamy. Głupio mu było. Znowu w tym roku nie kupił żadnych prezentów. Wszystko przechlał. Zapijaczona morda – o tak dzisiaj o sobie myślał!
W domu matki jak zwykle czysto i pachnąco. Siostra taka miła i uśmiechnięta, szwagier przybił z nim piątkę, dzieciaki się ucieszyły – Wujek, wujek, choć zagrasz z nami, zobacz, jaką fajną grę Mikołaj nam przyniósł. Matka rozlewała do filiżanek czerwony barszcz. Ach ten barszcz matki, słodko kwaśny, esencjonalny. Ogrzał mu bebechy, rozlewał się po ciele, a on czuł, że wraca do siebie. – Synuś, tak się spóźniłeś, opłatek dla Ciebie zostawiłam, podziel się ze starą matką. Żebyś wreszcie jakąś porządną kobietę sobie znalazł i żebyś zdrowy był. – matce leciały łzy po policzkach, a jemu jak by ktoś rozszarpywał serce. Zamknął się w toalecie i szybko wypił seteczkę. Kupił przy okazji tych czekolad. Już coś go gnało. Nie mógł usiedzieć. – To ja już pójdę, siedźcie sobie. Jeszcze na cmentarz do ojca zajrzę. – próbował się wymknąć. – Po co będziesz po nocy chodził. Zostań. Pościelę Ci w twoim pokoju. Z dziećmi się pobawisz… Zobacz, jak się cieszą…- prosiła matka. Nie mógł już znieść tego „ciepełka”. Uciekł. Na stacji kupił litr żołądkowej… No to teraz sobie zrobi wigilię – myślał – Boże mój, jakie to wszystko beznadziejne. Ta samotność, ta tęsknota, ten ból, kiedy widzi szczęście siostry. Można tak sobie spokojnie żyć. A on co? Kawalerka, z brudną wykładziną, gdzie głównym meblem jest butelka, praca, z której ciągle chcą go wywalać za chlanie, panienki w komputerze, bo tylko takie go chcą…. Już nie wie co było pierwsze czy żadna dziewczyna go nie chciała, bo był od zarania wywrotowy i łobuz, czy był taki, bo żadna go nie chciała. Pamiętał Ewkę, z maturalnej klasy… Piękna była, długi warkocz i uśmiech taki szeroki pełen zębów i oczy zielone. Zgrabna, talia jak osa i ciałko tu i tam. Wiersze dla niej pisał. Najczęściej po pijaku. I ona po studniówce powiedziała mu – Albo ja albo wódka. Obiecał jej, a jakże, ale tuż przed maturą tak się schlał na wycieczce szkolnej, że prawie go nie dopuścili do egzaminu. Przestraszyła się i zaczęła spotykać się z Jankiem, jego grzecznym kumplem. Spotyka ich czasem, troje dzieci mają. Cholera, jeszcze młody człowiek, może by się jakoś ogarnął. Mieszkanie odmalował, na leczenie poszedł, na basen pochodził… Może jakaś w niego uwierzy, jak tak dłużej byłby w porządku. Przecież jest tego wart. Każdy człowiek zasługuje na szczęście. Tyle już sobie zabrał. Najpiękniejsze lata. Chociaż ojciec zawsze mówił, że życie to zaczyna się po trzydziestce, kiedy facet już nie ma kiełbie, we łbie i wie o co w tym życiu chodzi. A on przecież jeszcze nie ma trzydziestki. U matki, by trochę mógł pomieszkać, na podreperowanie.
Wszedł do domu i nie zdejmując kurtki zwinął byle jak rzuconą, brudną wykładzinę, zebrał do czarnego worka wszystkie puste flaszki i szybko, najszybciej jak umiał wyniósł do śmietnika. Zadzwonił do szwagra – Robercik, wiem, święta, pewnie dopiero do domu weszliście, mogę przybiec do was na chwilę, wziąłbym farby z piwnicy, te co wam po remoncie zostały. No tak, muszę teraz… Przepraszam. Sam nie wiedział jak przebiegł jak by frunął, tych kilka przecznic. Wrócił z dwoma dużymi puszkami farby. Jak to dobrze, że siostra, białą kupiła, a potem zdecydowała się na kolorowe i tyle tej białej zostało. Malował jak opętany, malował sufity, ściany. A potem mył, szorował, podłogi, stół z krzesłami, szafki w kuchni. Zmienił pościel na materacu i powiesił obraz, który na to czekał już kilka lat. Ocknął się, kiedy za oknem było już widno, a jemu strasznie trzęsły się ręce, a bebechy wywracały się na drugą stronę. Delirka go brała. Przypomniał sobie, że w przedpokoju stoi litr żołądkowej. Ucieszył się. A potem rozejrzał się po jasnym, czystym mieszkaniu… – I znów, debilu masz to zmarnować? Znowu tu melinę zrobisz i będziesz się pławił w samotności. Ale ci starczyło pary, na jedną noc. Bohater z kociego teatru. – kpił w duchu z siebie. Odkręcił z impetem flaszkę, pociągnął łapczywie łyka, a potem, walnął z całej siły głową w ścianę … Z wnętrza wydobył się szloch, głośny i pełen rozpaczy…. Przechylił nad zlewem butelkę i wylał do ostatniej kropli. Płakał głośno, krzyczał – To ja tu do cholery jestem ważny. Ja i moje życie. Ja.
Padł na czysty materac i zasnął. Obudził się, kiedy już ciemniało. – Halo? Czy ja się dodzwoniłem do Ośrodka. Wiem są święta. Ale ja tak bym bardzo chciał, żeby ktoś przyjechał po mnie, od Was. Teraz. Błagam. Muszę o siebie zawalczyć, przecież już za tydzień, będzie Nowy Rok. A dla mnie nowe życie. Tak bardzo bym chciał….


  • Święta to trudny czas. Dla wielu przereklamowany obrazek rodzinnego szczęścia, pod którym chowa się codzienne wzajemne urazy, pęd i wysiłek w przygotowaniach. Dla wielu, szczególnie dla dzieci, to czas szczerej radości, ciepła, podarków i miłości. Dla innych samotność po brzegi i chwila refleksji i gorzkich podsumowań.
  • Historia, którą dzisiaj zamieszczamy, opowiada o słabości i sile. O tym, że nic nie jest oczywiste. Że pierwszy łyk ze świeżej butelki może zapowiadać pijaństwo do dna, albo nadludzkim wysiłkiem może być łykiem ostatnim, przypieczętowującym nowy początek.
  • Ludziom, którzy są samotni, są singlami bardzo trudno wyjść z nałogu. Motywacja ludzi, którzy żyją w rodzinach jest często znacznie mocniejsza. Mocniejsza jednak, nie znaczy, że prawdziwa. Prawdziwe trzeźwienie jest wtedy, kiedy robisz to dla siebie, nie dla innych. Dlatego motywacja alkoholików, których zachęca do leczenia rodzina jest niestety często nie prawdziwa. Leczą się, żeby uniknąć kłopotów, oszukać po raz kolejny żonę i dzieci. Za to singiel, może trzeźwieć dla siebie i to jest zdecydowana wartość dodana.
  • Kiedy singiel trzeźwieje, może się skupić na sobie, swoich emocjach i gospodarowaniu uczuciami. A kiedy przejdzie tę pierwszą drogę, przejdzie na trzeźwo, pierwsze głody, nawroty, wypracuje metody radzenia sobie z trudnościami – zrobi mu się miejsce na porzucenie singlostwa i otworzenie nowego, stadnego rozdziału.
  • Alkoholicy w rodzinach może mają łatwiej, bo jeżeli zdecydują się na trzeźwość, cała rodzina może ich wspierać. Singiel jest bez tego wsparcia, zdany na siebie, ale też z szansą na wygraną i zbudowaniem znacznie większej siły wewnętrznej.
  • Czekamy na Was i na tych co w rodzinach i na tych samotnych. Bo każdy człowiek, zasługuje na dobre życie. Bez trucizny i samozagłady. A Święta? Będą jak co roku i te piękne, ciepłe i prawdziwe, i te zakłamane i wymęczone, i te pełne nadziei na lepsze jutro. Ale czy lepsze jutro nadejdzie – to zależy tylko od Was. Trzymamy za Was kciuki!

1
anonimowe komentarze

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Anonimowo
Gość
Anonimowo

Fajny artykuł Czlowiek musi upasc na same dno i albo sie podniesie albo po nim , tak jestesmy skonstruowani Nie… Czytaj więcej »