Myła okna. O miłości matczynej która psuje

Myła okna. Trochę słońce wyszło i cieplej się zrobiło, dzieciaki na podwórze wyszły. Pomyślała, że dobrze jej zrobi jak okna wymyje, firanki zmieni, coś jasnego się stanie w jej życiu.

Marek znowu nie wracał przez kilka dni. Nie miała już siły chodzić i szukać go po piwnicach, po garażach, po melinach. Serce stawało jej z niepokoju. Zamartwiała się, że on umrze. Że się zapije i wybuchnie mu wątroba. Prosiła Boga, żeby on umarł minutę przed nią, żeby nie został tu sam. Ona dopóki żyje ugotuje mu rosołu, położy w czystej pościeli, upierze te brudne łachy, potrzyma za rękę, kiedy będzie go trzęsło.

Myła okna. Patrzyła sobie na te dzieci na dole i łzy ciekły jej po policzku. Nie tak dawno Mareczek biegał tutaj też, jeździł na rowerze, sąsiadki go goniły, bo strzelał do kotów z procy. Zawsze stwarzał problemy. Żywe srebro. Wszędzie go było pełno. A ona chodziła z nim i gasiła pożary. Niosła bombonierkę nauczycielce, żeby przepuściła go z klasy do klasy, zmieniała mu szkołę jak w jednej nagrabił sobie tak, że nie było co zbierać, wyrzucała mu papierosy skitrane po kieszeniach, wylewała alkohol, tłumaczyła, prosiła, płaciła za wybite szyby…. Wszyscy kiwali głową mówili, że trzeba do niego twardej ręki, że ona jest za miękka. Ale to przecież jej dziecko, jedyny syn. Tylko siebie mieli na świecie. Jak dorósł bała się go trochę, potrafił przyjść pijany, awanturować się, krzyczeć, nawet ją szturchnąć… Ale to dobry chłopak był, miał dobre serce. Jej dziecko.

Kiedyś przyszła policja, przyprowadzili go pijanego, ukradł alkohol w sklepie, wypił na miejscu i nie chciał zapłacić. Dostał grzywnę. Zapłaciła. Potem zaczęli do niej przychodzić różni ludzie… Że pieniądze pożyczył i nie oddaje. Taki wstyd, całe życie ciężko pracowała, sprzątała u ludzi, brała chałtury, szyła sukienki z Burdy i sprzedawała na bazarku… Taki wstyd… sięgała do bieliźniarki i oddawała, co do grosza, jeszcze dorzucała zawsze 10 procent za nieprzyjemności. Kiedyś sięgnęła do bieliźniarki i nie znalazła ani grosza. Okradł ją. Jej synek. On nie chciał. To taka ciężka choroba. To alkoholizm go pchał do złych rzeczy. On jest dobrym chłopcem.

Nie miała już wtedy siły tak ciężko pracować. Wzięła kredyt w banku, niewielki i sztukowała po trosze do skromnej emerytury i małych zarobków ze sprzątania. Trzymała pieniądze na koncie, żeby Marek jej nie zabrał. Czasami łapał jakąś fuchę na budowie albo na giełdzie kwiatowo-warzywnej. Ale zawsze szybko mu się urywało, bo zapił.

Były okresy, kiedy przychodził do domu tylko po pieniądze, a kiedy okazywało się, że ona nie ma pieniędzy to szarpał ją i bił. Po kilku miesiącach przychodził z kwiatami zerwanymi z klombu i przepraszał, obiecywał, że już skończył z wódką, a ona wzruszona i pełna nadziei nalewała mu drżącą ręką talerz żurku, albo rosołu. Zostawał na tydzień, starał się, a potem wychodził po zapałki i nie wracał, nie wracał, nie wracał…. Więc ona zakładała wieczorem na szlafrok płaszcz i go szukała. Znajdowała go leżącego, zasikanego na ławce albo w zabawowym nastroju na skwerku, albo w garażach z menelami…. Z menelami jej synek. Brała go za chabety, ciągnęła do domu, myła, przebierała, a rano, kiedy się budziła już go nie było. Wyskakiwał przez balkon i po rynnie, bo drzwi zamykała, a klucze wkładała pod poduszkę.

Subscribe
Powiadom o
7 komentarzy
oceniany
najnowszy najstarszy
Inline Feedbacks
View all comments