fbpx

Dać szansę terapii, czyli z pamiętnika pacjenta cz. I

Jest bardzo słoneczny dzień, w końcu początek sierpnia – pełnia lata. A ja muszę tu siedzieć, w ośrodku uzależnień. Przyjechałem tydzień temu, nawet nie aż tak bardzo pijany – 1,5 promila. Przedwczoraj jeszcze dostałem kroplówkę, dzisiaj już nie, więc trochę mnie jeszcze trzęsie. Wczoraj, na indywidualnej terapii dostałem zadanie od terapeuty, abym opisał „swoje doświadczenia z substancjami”, bo mam napisać jakiś „piciorys”, a nie mam pojęcia jak mam się do tego zabrać. Dogadaliśmy się, że opiszę przebieg drugiego roku moich studiów. Biorę się do roboty. Przedstawione wydarzenia miały miejsce około dziesięć lat temu.

Był piątek. Siedziałem na kanapie w akademiku. W ten wtorek miałem egzamin z prawa administracyjnego- masakrycznie ciężki. Na szczęście jeszcze jeden- makroekonomia- i koniec tej miesięcznej sesji! Ten rok na uczelni był dość ciężki, ale moi kumple i koleżanki skutecznie mi go umilali. W pierwszym semestrze wychodziliśmy prawie codziennie. To na lotnisko, to na rynek. Tu domówka, tu jakiś wypad- było genialnie! Ale zacznijmy od początku roku.
O październiku nie mogę za wiele powiedzieć, bo był dość drętwy i nudny. W sumie to nasz drugi rok, więc nie ze wszystkimi mam tak dobry kontakt jak chciałbym, ale zacząłem nad tym pracować. Nastał pierwszy weekend, kiedy zostałem w akademiku, a nie pojechałem do domu. Bo w sumie po co? Słuchać ględzenia o tym, że mam jeden „warunek” z zeszłego roku i że pasowałoby się już uczyć? O nie! Jestem na to za młody! A więc… W piątek po zajęciach poszliśmy do Siódemki, klimatycznego baru niedaleko naszego akademika. Wzięliśmy po browarze i dwa szoty na głowę. Krzysiek stawiał, także kasy było dość. W tle leciał mecz. Zajebiście nam się gadało. Stwierdziliśmy, że zostaniemy jeszcze godzinę, a później pójdziemy na miasto, na jakąś bibę w klubie. Taki był plan. Jeszcze w „Siódemce” wzięliśmy litr Żołądkowej Gorzkiej i obróciliśmy na miejscu. Krzysiek ma słabą głowę, więc przybił gwoździa. Cienki zawodnik. Mi też już było ciepło, więc trzeci z nas, widząc to, powiedział, że ma coś co nas obudzi. Nie wiedziałem co ma na myśli, ale poszedłem z nim do ubikacji. Wyciągnął worek z kieszeni i powiedział, żebym zwinął jakiś banknot. Tak zrobiłem. Wysypał zawartość na deskę klozetową. Wciągnęliśmy po kresce do nosa. No i się zaczęło! W momencie przestałem być tak bardzo zmęczony wypitą wódą, poczułem mrowienie na potylicy i ogromną dawkę energii. Zaczęliśmy gadać. Chciałem wytłumaczyć Pawłowi zasadę działania Parlamentu Europejskiego, ale chyba nic nie zrozumiał po dwóch godzinach mojego wywodu.

Subscribe
Powiadom o

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments